Demakijaż – film, rencezja


Jako taka ciekawostka, chciałam dziś napisać o filmie pt. ” Demakijaż” – Jako że szukałam pewnych informacji , wujek google pod hasłem demakijaż wyświetlił ten film na pierwszej pozycji. Niestety jest to film nie mający nic wspólnego z makijażem.

„Demakijaż” to film nowelowy, składający się z trzech etiud zrealizowanych przez trzy polskie reżyserki: Marysię Sadowską, Dorotę Lamparską i Annę Maliszewksą. Strategia to nienowa. Nie raz i nie dwa polscy filmowcy skrzykiwali się w kilku i składali ze swoich małych cząstek duży film. Przykładem tego typu kina jest choćby nagrodzona kilka lat temu na festiwalu w Gdyni „Oda do radości”.

Z „Demakijażem” jest jeden problem – film sprawia wrażenie składaka złożonego z całkowicie przypadkowych elementów. W takiej „Odzie…” wyczuwało się jakąś myśl przewodnią, jakąś wspólną koncepcję; tu, oprócz wspólnej czołówki, trzech filmów nic nie łączy, no chyba że Polska, kraj wycięty z gazety, kraj ogromnych społecznych nierówności, kraj, który stoi nad moralną przepaścią. Zamieszkuje go fluorescencyjnie nihilistyczna młodzież, filozofujący bezrobotni ślusarze i nauczycielki bez piątej klepki. Jasne jest, że przy takiej konstrukcji bohaterów trudno o spójną, koherentną wizję.

Najzabawniejsza i zarazem najsłabsza jest etiuda Marysi Sadowskiej, artystki, która ostatnio wsławiła się piosenką o wszystko mówiącym tytule „Rewolucja”. Wiekopomny utwór, hymn generacyjny Sadowskiej przesiąknięty jest tęsknotą już od pierwszej strofy, w której padają takie oto słowa: „gdzie jest moja rewolucja/ czy mam czekać z nią do jutra/ może się nie zdarzy wcale/ czy mam czekać na nią dalej dalej dalej”. Jej etiuda, zatytułowana „Non stop kolor”, wyraża podobne nastroje. Po obejrzeniu filmu znajomy powiedział, że wygląda on jak ekranizacja pisma typu „Acvist”. Jest cool, jest trendy, czysty wypas. Młoda warszawska młodzież nosi się dobrze i bawi się dobrze, zazwyczaj do samego rana. Poza tym boi się odpowiedzialności, stabilizacji, lubi wciągać białe kreski i szybki seks bez zobowiązań.

Sadowska w „Non stop kolor” portretuje swoich bohaterów bez żadnej ironii, bez żadnego dystansu. Patrzy na nich, i na ich widok jest jej smutno. Mnie jakoś nie.

Bohaterem „Drogi wewnętrznej”, etiudy Doroty Lamparskiej, najlepszej w „Demakijaż” jest młody biznesmen, który pewnego dnia orientuje się, że nie jest w stanie wyjść ze swojej klatki blokowej. Czekający na niego świat go przerażą, czego nikt specjalnie nie chce i nie umie zrozumieć, a już na pewno nie jego znajomi z pracy, młodzi, prężni, uśmiechnięci.

Choć Lamparska nie ustrzegła się w swoim filmie zaserwowania widzowi życiowej mądrości w postaci maksymy o życiu, w którym chodzi o to, żeby to droga nas znalazła, a nie my nią, „Drogę wewnętrzną” ogląda się z przyjemnością i zaciekawieniem. Reżyserka sprawnie bawi się formułą thrillera, opowieścią o człowieku, który nie wiedzieć czemu odchodzi od zmysłów. Pomaga jej Adam Woronowicz, który gra główną postać. W jego interpretacji postać ta wymyka się prostym sądom i klasyfikacjom, a co najważniejsze nie jest śmieszna. A o to, przy tak ryzykownym, ogranym koncepcie, trudno nie było.

Najdziwniej w całym tym zestawie wypada film Anny Maliszewskiej „Pokój szybkich randek”, opowieść o młodej żonie i nauczycielce, która nie może poradzić sobie z tym, że jej mąż siedzi w więzieniu. Można go czytać na dwa sposoby: albo jako opowieść o przytępawej kobiecie, która nic ze swojego życia nie rozumie i na nic nie ma wpływu, i dlatego właśnie poddaje się nieustannie impulsom, które generuje ukryty w niej zagubiony dzieciak; albo jako opowieść o świecie, w którym to kobieta o niczym nie może decydować, bo nieustannie decyduje za nią męski aparat przemocy, symbolizowany tu przez więzienie – moloch.

„Pokój szybkich randek” to jeden z tych filmów, o których lepiej się dyskutuje niż się je ogląda.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *